Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yinsh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yinsh. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 września 2018

Izomorfizm w grach

Bardzo fajny eksperyment znalazłam (przeczytać przynajmniej pierwszy post, jeśli chce się czytać mnie dalej).

Widzę tu nie tylko motyw samej asymetrii, ale - izomorfizmu gry. Głównie planszy, bo tam się najczęściej objawia; identycznie działającą planszę można przedstawić na kilka sposobów, czego przykładem jest plansza heksagonalna z polami-heksami (jak w Catchupie) oraz z liniami (gdzie zamiast pól do stawiania pionków służą przecięcia linii, jak w YINSH).
...Ten sam typ planszy w dwóch różnych formach

W linkowanym temacie na forum pokazano bardziej mechaniczny izomorfizm. Wyraźnie widać, że przedstawiona asymetryczna gra jest znacznie bardziej skomplikowana w zasadach (nawet z samej długości ich opisu - lecz przede wszystkim w załapaniu celu i sposobu dążenia do niego). Ale wydaje mi się też, że dostarczyłaby innego typu rozkmin graczom po obu stronach - co już fascynuje. Grać tę samą grę, ale w zależności od tego, jak wyłożyć zasady, pobudzić inne procesy myślowe i sposób podejścia do wygranej.

Można pociągnąć temat dalej. Nick Bentley pisał na blogu (przy okazji postulatu o niebanowaniu możliwości) o puli możliwości, która tworzy się w głowie osoby uczącej się danej gry. Ta pula wynika przecież właśnie ze sposobu wyłożenia zasad i zastanowić się, jak prezentować swój projekt, by wzbudzał odpowiedni sposób myślenia; ale nawet sam fakt wizualnej zmiany planszy potrafi czynić podobnie. Jak mi się ciężko przestawić na dostrzeganie możliwych ruchów w YINSH, bo bardziej rzucają się w oczy trójkątne pola niż przecięcia ich granic! Ale nawet w Carcassonne z początku trzeba się nauczyć patrzenia na kafelki jako zbiór kilku różnych rodzajów pól, choć dzięki analogii życiowej przychodzi to łatwo.

A ile do doświadczenia płynącego z gry wniesie podpięcie pod temat innej planszy, np. zamiast pól - przecięcia linii - bo ustawiamy zwiadowców na punktach widokowych?... 

///Wątek do namysłu - izomorfizm instrukcji tj. jak lepiej przedstawiać grę: tematycznie czy mechanicznie? https://boardgamegeek.com/thread/2040548/should-rules-instruct-players-mechanics-action-or

/// Podjęcie tematu izomorfizmu polegającego na czysto wizualnej / tematycznej zmiany gry sobie daruję. Przykłady retheme'u np. Nanty Narking-Ankh Morpork, Rex-Diuna, itd...


niedziela, 1 października 2017

Euro vs ameritrash

(ho... nie zauważyłam, że nie dodałam tego posta, więc sobie wisiał jako wersja robocza od paru miesięcy...)

Grałam w kilka nowych gier. W tym - dzień po dniu - w rasowe euro (Uczta u Odyna Rosenberga) oraz w ameritrash (Runewars). W obu niezmiernie doceniam mechaniki, sposób wymuszania strategii i dostosowywania się do niej. Obu dałam wysoką ocenę na BGG. Obie są długie i mózgożerne. Ale w jedną jeszcze kiedyś zagram, a w drugą - niemal na pewno - już nie. Chwilami samą siebie zdumiewam. 

Doceniam Runewars. Naprawdę, jako gra jest cholernie dobrze przemyślana i zostawia - poza uczuciem zmęczenia długością gry, tak jak u wzmiankowanego Rosenberga - poczucie, że to naprawdę działa (nawet jeśli nie ogarniasz wszystkiego przy grze po raz pierwszy). Podoba mi się zróżnicowanie jednostek podstawkami i wynikające z nich na kartach Fate (Losu?) różne "prawdopodobieństwo" trafienia (i w ogóle różnorodność użycia tych kart!). Podoba mi się sposób zbierania zasobów na dialach - i rekrutacji - i zagrywania rozkazów z bonusami za wzrastającą kolejność zagranych kart. Podoba mi się wyodrębnienie Herosów jako siły, która przemieszcza się jakby obok głównej osi gry, a jednocześnie coś tam ma do powiedzenia. Podoba mi się wprowadzenie kart Sezonów i licytacji. Ale...

Ale podczas gry czułam się wyczerpana. Nawet nie tyle mnogością zasad (mikrozasad, wynikających z ras obecnych w grze, ulepszeń rywali itp...) ile samym uczuciem, że zaraz ktoś mnie może zaatakować, że ja chyba powinnam zaatakować... To zupełnie inny rodzaj interakcji niż w grach, które najbardziej cenię; w których jak już występuje atak, to jest na tyle abstrakcyjny, że zupełnie nie czuję tego jako atak na siebie (np. na jednakowych jednostkach, których jest dużo i raczej łatwo się poruszają/zmieniają/będą zastąpione, na przykład w Yinsh czy Ankh-Morpork) albo łatwo jest kontrowalny (np. w Taluvie, jeśli uznać domki za jednostki - przez ułożenie planszy bądź samotnych chatek).

Z podobnego powodu nie lubię Gry o tron (acz tam dochodziła jeszcze spora warstwa metagry-polityki nad stołem), rzadko grywam w Cyklady, Chaos w Starym Świecie sprzedałam (acz do niego miałam głównie inne wąty związane z balansem).

piątek, 30 grudnia 2016

Mój growy rok 2016

Rok się kończy... chyba czas na podsumowania. Jak bardzo planszowo minął mi ten czas? 

Mmm... Jako że od pewnego czasu śledzę już, w co i kiedy i ile grałam, w tym roku mogę dokładnie powiedzieć, co było najczęściej rozgrywane i kiedy. ;)

 Najwięcej grałam w miesiącu... Październiku: 151 rozegranych partii. No, całkiem zrozumiałe, skoro nałożył się na to Imladris i Essen ;) choć w sumie miałam wtedy ciut mniej czasu niż w wakacje (następny w kolejce wrzesień, 106). (Najmniej grałam w styczniu. Owszem. Inżynierkę kiedyś trzeba było zrobić. ;))

Najczęściej rozgrywana gra: znów Hanabi (via Internet), znów Codenames (na żywo, 78), lecz z nieimprezowych, "większych" gier, wygrywa tym razem Taluva (59). Na kolejnych miejscach Hanamikoji (36), 7 smoków (28), Spyfall (26), Quarto (22) i dopiero wówczas zeszłoroczny wygrany Eminent Domain (19). Choć wciąż nazwałabym go największą z wymienionych tu gier. Bo Taluva to i w 10 minut potrafiła się zmieścić. EmDo chyba tylko raz się tak udało.
Najciekawsze nowinki planszowe 2015: Hanamikoji! Miło zaskoczyło mnie też Not alone, i Dragonia, jeśli mogę nazwać nową grę sprzed 2000 roku. Diamant również.
Najlepsza dwuosobówka: Hanamikoji. Po wielkim rozczarowaniu Lost Cities nie spodziewałam się, że jakiekolwiek przeciąganie liny mnie zafascynuje - a jednak. Pewnie dlatego, że to gra oparta na żonglerce informacjami. Do tego wciąż Taluva*, Quarto i Hanabi*, Listy z Whitechapel. Polubiłam też Santorini, Coffee, Yinsh, Istanbul*. (Ogwiazdkowane lubię też grać na inną ilość graczy.)
Najlepsza gra imprezowa:  Telestrations. Codenames. W Time's upa i Avalona prawie nie grałam, ale wciąż uwielbiam. Secret Hitler jest w porządku, choć hmmm pośladków nie urywa.


Największe zaskoczenia: TALUVA (moja miłość!). Takenoko. Dodatek do Eminent Domain. Istanbul, Marco Polo, Hanamikoji, Diamant, Dragonia - miło odkrywać mało znane a świetnie zaprojektowane gry. :)
Największe rozczarowanie:  Essen. Raise your goblets, mimo sympatycznego tematu i mechanik, jest... frustrujący, bo tak naprawdę na nic nie masz wpływu.

Tegoroczne wyzwanie planszówkowe spełniłam całkowicie - choć mogło być lepiej; w niektórych kategoriach nie udało mi się zagrać zarówno w znaną wcześniej, jak i nieznaną grę.
Na przyszłość mam jednak nauczkę, by nie umieszczać tematycznych wyzwań w tematach zupełnie mnie nie pociągających - np. dziki zachód...


Wg BGG, w zeszłym roku zagrałam w 223 różne tytuły, w tym poznałam 106 nowych gier (!). Tego wyniku już nie pobiję w życiu :) - nawet pomimo mocnego oddalenia się od gier w zimowych miesiącach (styczeń, grudzień)... 

(Będę jeszcze grać w Sylwestra. Ale w sumie zapiszę już te gry na Nowy Rok. ;))