Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Signorie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Signorie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 maja 2017

Co łączy bezludną wyspę i pandemię

Spytano mnie jakiś czas temu, czemu chcę się pozbyć Robinsona. Poza wymijającą odpowiedzią, że chyba żadna gra Portalu mnie nie zachwyciła, zaczęłam się zastanawiać, który z elementów Robinsona mi nie pasuje.
Wymyśliłam kilka zarzutów. 
1. Nie czuję tam klimatu/przygody (ale to, dla sucharowca, przecież niewielki problem - lecz w połączeniu z poczuciem braku kontroli nad większością gry, słabo).
2. To koop cierpiący na bardzo wyraźny syndrom lidera - tym wyraźniejszy, że... patrz punkt 3.
3. Scenariusze. Nie lubię uczyć się nowych zasad przy każdym, nie lubię gier scenariuszowych - po prostu.
4. Losowość. Nie mówię tu o losowości, do której da się dostosować (czytaj: karty), lecz o zupełnie statystycznym rzutom kośćmi. Przecież to miała być strategia, a nie push your luck... 

Odnośnie losowości
Nad tematem losowości: karty vs kości chwilę się zatrzymam.
Generalnie nie uważam kart za złą losowość - można się dostosować do tego, co się zastanie, można przewidywać i przygotowywać się na różne możliwości. Nie lubię jednak jakoś szczególnie zapoznawać się z grami o urozmaiconej talii, tj. gdy talia zawiera dużo różnych kart o skomplikowanych działaniach tekstowych - czyli typowe karcianki. Zwłaszcza, jeśli każda karta może być użyta na niewiele sposobów. Pod tym względem bardzo lubię Glory to Rome i jeśli niekoniecznie lubię, to doceniam mechanikę Race for the Galaxy.
Kości natomiast o wiele trudniej wykorzystać w mechanice tak, by nie dały nigdy poczucia "sorry, dobrze planujesz, ale przez kiepski wynik na kości przegrałeś". To popularny problem; w Chaosie w Starym Świecie Khorne nie jest w stanie wygrać, jeśli przez całą grę nie zabije żadnej jednostki, "bo kości"; w Merchant of Venus, każdy rzut typu 1-1-1 mocno oddala cię od przeciwników, praktycznie negując sens danej tury (miałam dwa takie w trzydziestu turach :)); itp, itd...
Może niektórym się podoba, że  mogą ukierunkować eewntualny żal z powodu przegranej na usprawiedliwioną frustrację z powodu kości - mi nie. Wolę po prostu unikać tego typu gier. (Choć w MoV jeszcze kiedyś zagram.)

Z drugiej strony, ładne wykorzystanie kości znajduję w Marco Polo (choć tam również rzut 1-1-1-1-1 dość znacząco ogranicza - acz istnieje tam jakakolwiek "rekompensata" słabego rzutu), Signorie i Lorenzo il Magnifico (gdzie wyniki na kościach dotyczą wszystkich graczy jednako), Yahzee, Sushi Dice i Bangu Kościanym (imprezówkach z przerzucaniem), Ankh Morpork (wylosowanie jednego obszaru z dwunastu możliwych), a nawet bardziej abstrakcyjnych LevelX czy Can't stop (acz one już zakładają mechanikę push your luck - i bazowanie na statystyce ;)). W tych grach kości grają inną rolę - a nawet wiele ról - w większości można też je przerzucać czy w inny sposób modyfikować wynik, nie potrzebując wcześniej zrobić do tego infrastruktury.


Odnośnie scenariuszy
Acz spodobała mi się gra, która na jakimś zamyśle scenariuszowym bazuje. Gramy od pewnego czasu w Pandemic Legacy. (Ktokolwiek pisał instrukcję / opisywał karty i działania, umrzyj.) A to przecież gra, która jest w całości scenariuszem. Też koopem, jak Robinson; też podatnym na lidera. Też jest tu element nieznajomości talii (jak wtedy, gdy gra się pierwsze razy w Robinsona). A jednak odczucia mam zupełne inne.
Może dlatego, że lubię samego Pandemica - Pandemica, który jest dla mnie kompletną grą, a Legacy tylko osobliwym "rozszerzeniem". Dodatkiem, który modyfikuje grę, a nie wyznacza jej ramy.
W Eminent Domain też są "scenariusze" - czytaj: ułożenia startowej talii dla graczy, częściowo determinujące strategię w danej grze. Tam także jest to luźny dodatek, bez którego gra broni się sama.
Co by pozostało z Robinsona, gdyby odjąć scenariusze?

sobota, 18 lutego 2017

Ile godzin rozrywki dostarczają gry planszowe? - przykład

Gdy dodawałam dziś na BGG play (rozgrywkę?) w Gildie Londynu, wyświetlił mi się link do notatki BGG na temat "jak gracze notują rozgrywki". Nic konkretnego dla kogoś, kto już chwilę to robi, ale wypisano między innymi możliwe powody tego notowania... Wśród których:

  • See which of your games don't get played. (Perhaps as a nudge to play them - or to get rid of them.)
  • See the reality of what you play, compared to people's very faulty memories of what they play.
  • See how much "money's worth" or hours of playing you get out of your games.

No i zainteresowałam się ostatnim podpunktem, jakże analitycznym i pasującym do strategii "zacznij wreszcie grać w gry które już masz". Odrobina szperania po BGG i wklepywania do Excela, i...

(Zakładam tu mocno wyidealizowaną sytuację, w której wszystkie rozgrywki w daną grę to rozgrywki na moim egzemplarzu. Co chyba w niewielu przypadkach jest prawdą - kojarzą mi się głównie Marco Polo, Namiestnik, Szklany szlak i Hanamikoji. Ponadto pominęłam sporo posiadanych przeze mnie gier, przede wszystkim tych, których zasadniczo nie kupiłam - prezenty, wygrane konkursowe... Dodatkowo musiałam się pobawić z pozbieraniem różnych rozgrywek w całość, bo np. swoje grania w Ingeniousa Travel raz zapisywałam pod Ingenious Travel Edition, a raz jako Ingenious...;) )


Dla gier kupionych dawno (ponad 2 lata temu) nawet nie starałam sobie przypomnieć, jak długo je mam. Dostatecznie długo, by czas spędzony na graniu był miarodajny. (Średni czas rozgrywki brałam wg swojej pamięci i rozgrywek, np. dlatego w Glory to Rome, w które grywam głównie na 2 osoby, jest tak a nie dłużej.)

Jedną z najdroższych rozrywek, oczywiście, było Exploding Kittens - godzina rozrywki przy nich kosztowałaby 24,55zł. Ale umówmy się, kto wsparł tę grę tylko po to, by w nią grać, i oczekiwał fajerwerków? ;) Więcej kosztowało jednak kilka innych: Olympos (moja niejaka pomyłka), Havana (również rozczarowująca) - obie te gry trafiły na moją listę For Trade; Signorie (dobra gra, na jej niekorzyść przemawia, że jest zbyt duża na mój stół, więc i rzadko w nią grywam...), a nawet Puerto Rico (nie uważam kupna tego za pomyłkę, ale jakoś wyrosłam z tej gry - również For Trade).

Większość gier jednak waha się koło 10zł/h, co jest naprawdę niezłym przelicznikiem; z absurdalnie niskimi kwotami dla fillerków (Fasolki, Codenames, Cytadela, 7 smoków) i nieco wyższymi dla gier, których nie mam jakoś szczególnie długo (Not alone). Do tego dochodzą tak sobie zadowalające gry (Namiestnik, który nawet na 2 osoby zajmuje tak dużo miejsca... Drako, trochę już za banalne... 7ronin, który po pewnym czasie stał się dla mnie zbyt łatwy do wygrania jako roninowie...) i o dziwo Marco Polo, co może wyjaśniać, czemu mam taką straszną ochotę w to zagrać ostatnio. ;)

Hanabi celowo z zestawienia wykluczyłam - kupiłam trzy różne wersje gry, raczej po to, by wyrazić uznanie dla autora, niż po prostu grać. Bo i na żywo mało gram. A na BGA przez pewien czas byłam członkinią klubu - lecz wciąż, gdyby podzielić wyłożone pieniądze za członkostwo poprzez czas, jaki spędziłam przy Hanabi, wyszłoby śmiesznie mało.

Z ciekawości zestawiłam sobie me pozostałe ulubione gry:
Eminent Domain: 12,41zł/h [przyjmując ceny z Rebela]
Taluva: 5,45zł/h
Marco Polo: 15,00zł/h
BSG ze wszystkimi dodatkami: 10,32zł/h [przyjmując ceny z Rebela]
Cytadela: 4,38zł/h

I wychodzi z tego, że naprawdę kocham Cytadelę :)) W EmDo pewnie bym więcej grała, gdybym go miała (co prędzej czy później z pewnością nastąpi).


***

Ogrywam Glory to Rome znów, i przypomina mi się znowu, jaka to jest dobra gra - czemu tak długo kurzyła się u mnie na półce? Na dwie osoby jest nie za krótka, nie za długa, a gdy się zna choć trochę karty - nie zbyt przewidywalna ani nieprzewidywalna. Lubujemy się ostatnio w kończeniu Katakumbami, jako pierwszym wybudowanym budynkiem, na przykład. Kiedyś bardzo ceniłam Plac miejski - teraz uważam go za szalenie słaby (gramy na  wariancie zaawansowanym, oczywiście).

Co do wspomnianego na początku Guilds of London... Idź precz, człowieku, który pisałeś instrukcję (a zwłaszcza projektowałeś ikonografię i ściągę). W połowie gry, jak szukałam na forum BGG odpowiedzi na inne pytanie, znalazłam temat o rozkładaniu kafelków i wyszło na to, że zrobiliśmy to źle. Bo tak ciężko zamieścić rysunek, gdy układ nie jest najbardziej oczywistym... (Wygrałam. Ledwo. Choć mimo paru durnych błędów w ciągu gry.)
Graliśmy w to długo. Za długo. 15 rund na trzy osoby - koło 12 już siadało zaangażowanie, skupienie... Z tłumaczeniem zasad zeszło nam trzy i pół godziny. Ja wiem, że dobrze się czuje dobre euro, ale BEZ PRZESADY z czasem...

I jest Dzień Kota, a Kot mi mruczy na kolanach, więc czas chyba odłożyć laptopa i pozwolić mruczącej muzyce wypełnić pokój.





środa, 4 maja 2016

Strategiczna-niestrategiczna ja?

Zamówiłam nie tak dawno temu nowe gry. Przeszukując pewną stronę za promocjami, natknęłam się na w miarę tanią Terra Mysticę - a przecież mi się podobała, przecież znajomi się zachwycają, przecież euras... a ja nic. Stwierdzam, że nawet po przecenie nie mam ochoty jej kupić, świadoma, jak rzadko będzie lądować na stole i jak rzadko miałabym ochotę w nią grać.

Zaczęłam się zastanawiać, co odróżnia Terrę od innych gier, które mnie olśniewają.

Cóż, nie można rzucić o mnogości zasad. Jakkolwiek Terra w ilości mikrozasad króluje (i każda rasa dodaje własne zasady), to i Signorie nie jest taka oczywista - choć mam wrażenie, że płynniej się gra w ten drugi tytuł, nawet grając po raz pierwszy. Jakby łatwiej przyswoić zasady. A już na pewno łatwo w takich tytułach jak Glass Road. Po zastanowieniu się, stwierdziłam w ogóle, że dawno żaden eurosuchar poza Signorie mnie nie zachwycił. Owszem, grało się miło... ale o żadnym nie pomyślałam "muszę w to zagrać jeszcze raz, muszę to mieć". Pod tym względem królują u mnie gry logiczne. Wręcz jest to widoczne w moich ocenach na BGG: na 22 dziesiątki, które wystawiłam, najwięcej - 10 to gry czysto logiczne, do których dołącza po parę gier blefu i drużyn, lekkich strategii, casualowych fillerków. I Signorie.

Gry logiczne od strategii wyróżnia przede wszystkim mała lub żadna losowość, lecz i - prostota zasad, pozwalająca na dużo kombinacji... I szybkie wprowadzenie w grę. Lubię to. Jak i to, że do gier logicznych nie muszę się skupiać, by zrozumieć wszystkie zasady, sposób ich wpływania na siebie, lecz skupiam się tylko na interakcji - możliwościach swoich i przeciwnika (lub partnera - Hanabi).

Z Puerto Rico, które do tej pory mam... gdzieś u znajomych, pamiętam wrażenie, że każda gra jest taka sama. Te same czynności się opłaca wykonać na początku, ten sam jeden budynek jest przekoksany. O ile od czasu do czasu w grach logicznych zdarza się deja vu, nie powoduje to takiego zniechęcenia - wszak w Pentago czy Callisto jest o wiele mniej elementów i muszą się zdarzać takie same sytuacje... a i tak się ich nie czuje. Abstrakcyjność sprawia, że za każdym razem wydaje się to nowe, świeże, patrzy się i zauważa się tylko sytuację, na którą trzeba zareagować... a nie że znowu ktoś kupił tamten budynek i masteruje, i że już się to widziało. Gry są nieustanną reakcją, a nie odtwarzaniem schematu. Nawet w Hanabi, w które gram nałogowo, nie zauważam szczególnej powtarzalności. To znaczy jasne - są pewne konwenanse, konwencje, które powodują, że doświadczeni gracze zachowują się tak a nie inaczej - co wynika z samej istoty gry (że najpierw muszą być zagrane jedynki itp.); ale wszystko jest reakcją na ruchy pozostałych i zastane karty, oraz zmieniającą się sytuację (dobór kart). W takim Puerto Rico z początku nawet nie trzeba wiele reagować. 

Na co jeszcze zwróciłam uwagę to przestrzenność. Wolę tory i zależności między nimi, niż rozbudowę przestrzenną, jak w Terrze (nawet jeśli łączoną z torami).

*
Do zachwycających sucharków mogę dodać ograne dotąd raz i posiadane Marco Polo. Bardzo podoba mi się weń nie tylko worker(dice) placement, ale i fakt, że cała gra bazuje na początkowym układzie i jedyną zmienną, którą się bierze pod uwagę, to zachowanie innych graczy i wyniki rzutu kostkami. I, wbrew pozorom, fajnie jest mieć zarówno wysokie, jak i niskie wyniki :) Podoba mi się także dorzucenie tu różnych zdolności graczy.

czwartek, 11 lutego 2016

Przegrany luty

Grałam dziś w Signorie, która wdarła się przebojem do mego serca i podejrzewam, że wkrótce zawalczy o miejsce wśród ulubionych gier (a o miejsce na półce na pewno). Eurosucharek z tematyki jak Dziedzictwo, ale zupełnie innych mechanik. Zbyszek stwierdził przy tym, że uwielbia dice drawing, a ja na przykładzie Signorie i Grand Austria Hotel (bo zupełnie nie Troyes) mogę chyba powiedzieć to samo. Do tego poczucie, że tu  wszystkie elementy mechaniki ze sobą współgrają… Ten wieczny lack management i neutralizowanie wpływu losowości swoimi akcjami… Mają nawet kolor fioletowy do wyboru <3 (Przy czym zagraliśmy na skróconą wersję, 1 runda mniej, z powodu ograniczenia czasowego. Acz wątpię, by dłuższa gra zmniejszyła mój zachwyt.)
Jest jeden minus tej gry. Nie bardzo zmieści się u mnie na stole…

Graliśmy też w Uchronię. Takie Glory to Rome, tylko „prostsze”. To znaczy prostsze, jeśli się nie grało w GtR. Podobieństwa zasad są na tyle duże, że ciężej się przestawić i skupić na różnicach – na działaniu kart monopolu (a przez to momencie zakończenia gry), na tym, że żeby postawić fundamenty budynku, trzeba mieć odpowiednią kartę na forum, na braku podążania (w zamian za co wzmocnionej akcji myślenia). Ładna gra, działa, ale nie przemówiła do mnie.


Dzień wcześniej zagrałam po raz pierwszy w 7 smoków – na trzy osoby – i to było genialne. Tyle możliwości blefu, szacowanie szans, wnioskowanie… Nasze gry przypominały trochę Avalona – z rozgryzaniem, kto kim jest i jak może spierdzielić. Podejrzewam, że na inną ilość osób byłoby znacznie gorzej - dwa smoki wyłączone z gry pozwalały kombinować z przestawianiem lojalek i szukaniem właściwej, nie dając przy tym 100% szans na trafienie - jak w przypadku 4osobowej gry. Przy 5 w ogóle nie widzę sensu grać, bo zawsze wszystkie smoki przy stole i nie ma się co bawić w większe blefy. Na dwie zaś grałam raz również i było niestety dosyć sucho. Tak czy inaczej, gra dołączyła do mojej kolekcji. Mało jest fillerów dobrych na 3 osoby.

Wczoraj zapoznałam się też z Mysterium (wersją z 2015). Przyjemna gra i tyle można o niej powiedzieć. Śledztwo w pełni kooperacyjne, bazujące na "kartach jak z Dixita". Grałam zarówno jako milczący podpowiadacz (duch), jak i jako detektyw, i o dziwo chyba wolę rolę detektywa. Rozgryzanie, co miał na myśli duch, bardziej do mnie przemawia niż samemu układanie czegoś do rozgryzania. (Moi współgracze twierdzą, że to słabo działa na 3osoby+ducha, ale nie jestem pewna, czy się z nimi zgadzam. Było ok. Na więcej mogłyby być duże dłużyzny.)

Wcześniej miałam okazję poznać dwuosobową RoboRamę. Bardzo mi się podoba zarówno wariant bez dodatków, czysto logiczny, jak i z jednorazowymi akcjami specjalnymi (które nieco ułatwiają kombinację), natomiast zupełnie nie przemawia do mnie chaotyczny pionek robota niczyjego. Nie spodziewałam się, że jakieś movement programming może mi się podobać na tyle, by chcieć w to zagrać więcej niż raz... 

Z ciekawszych do wspomnienia, niedawno poznanych gier - CO2. "Klimatyczna" gra ;) jak w niewielu sucharach, naprawdę mi pasuje temat, i widać, że nie jest doczepiony na siłę, a na temacie bazowało powstawanie mechaniki. Ciekawe w rywalizacyjnej grze zmuszenie graczy do współpracy, by nie przegrać wszyscy razem. Podobną mechanikę kojarzę chyba tylko z Chaosu w Starym Świecie - ale tam albo ktoś wygrał i zakończył grę, albo wszyscy przegrali, zaś tu albo wszyscy przegrali na wcześniejszym zakończeniu gry, albo do niego nie dopuszczono i na koniec wygrywa osoba z największą ilością punktów.

Z tego wszystkiego CO2, RoboRama, Mysterium i Uchronia trafiły na listę wyzwania planszówkowego. ;)