Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Glass Road. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Glass Road. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 marca 2017

Solona niedziela

Czytając sobie o zawartości dodatku do Dziedzictwa, odkryłam, że w podstawce tej gry jest tryb solo. W sumie nie wiem czemu mnie to zdziwiło, albo po prostu nigdy o tym nie myślałam - tak czy inaczej, czemużby nie spróbować, skoro grę mam? 
Ba! Są nawet dwa tryby solo. Standardowy oraz "Testament", wymagający trochę jakby gry od tyłu. Standardowy jest... banalny. Jedyną trudność względem wieloosobowej gry stanowi samodzielne mielenie odkrytych znajomych. Bez większych problemów, bez większego skupienia miało się 51 punktów.
Natomiast ten drugi tryb... ...Też jest prosty. Tu już punktów nie podam, bo dopiero na koniec odkryłam, że zamiast dodawania VP za realizację wskazówek dodaje się prestiż, ale nawet uwzględniając tę pomyłkę, wynik byłby koło 70. I to z początkowym przerażeniem, że nie mam ani nie widzę żadnego znajomego potrzebnego do wypełnienia pierwszych trzech wskazówek. Ostatnie dwie tury spędziłam już z wypełnionymi wskazówkami i starając się tylko hajtać tak, by dostać punkty... 
Po raz pierwszy w tych grach solo użyłam na dobre kart misji - i chyba po raz pierwszy kupiłam pałac (oczywiście, że też tylko do wypełnienia celu). Przedsiębiorstwo wciąż czeka na swoją kolej, i to pomimo losowania pomarańczowych znaczników akcji. Cóż, na brak pieniążków się w trybie solo nie narzeka. Ani na brak znacznika położnej (przynajmniej w Testamencie jest zupełnie nieprzydatna).
Jakkolwiek podoba mi się idea, "fabuła" trybu "Testament", tj. odkrywanie przodków, to już nie do końca wykonanie. Pomysł byłby lepszy w samodzielnej grze. Tutaj, jako "doczepiony", jest dość niewygodny - właśnie przez to, że gra jest podstawowo nastawiona na działanie w drugą stronę, rodzenie dzieci, rozwój drzewka w górę, czasem się gubisz. Jak powinny działać niektóre karty, jaki jest sens rodzenia dzieci jeśli nie masz konkretnie celu "twoja babcia ma rodzeństwo", itp... No i brak ograniczenia, na której generacji można działać, spowodował u mnie przynajmniej częściowo zdecydowanie za duży rozrost pionowy.

A skoro już zagrałam w tryby solo Dziedzictwa, to czemu nie zrobić całkowicie solowej niedzieli? Mam jeszcze co najmniej dwie gry z trybem solo - i w obu uważam ten tryb za nieco bardziej wyzywający niż w Dziedzictwie, chyba.

Więc zaczęłam Szklany szlak. Tak bardzo nie umiem myśleć pod tryb solo tej gry... 25 punktów, wciąż lepiej niż sądziłam, acz wciąż poniżej 30. Biuro się mocno przydało - zaś Chatka myśliwska, mimo że tania i "prosta", zdecydowanie za bardzo ograniczała w późniejszej grze. Skończyło mi się miejsce na budynki -.- (Co trzeba przyznać, Szklany szlak ma zdecydowanie jaśniejszą niż Dziedzictwo część instrukcji dotyczącą wariantu dla jednego gracza.)

Zerkając ku szafie, zauważyłam, że jeszcze jedna z moich planszówek ma tryb solo. No to siup, Namiestnik na stół. Instrukcja jest dosyć zwięzła, ale - podobnie jak w Dziedzictwie - nie postawiono tu żadnego wyzwania i można traktować solowe rozgrywki jako ćwiczenia w zdobywaniu największej ilości punktów.
Przy czym mam wrażenie, że chyba czegoś nie rozumiem w tych zasadach. Strasznie szybko kończą się jakiekolwiek żetony w rezerwie. W połowie gry natrafiłam na niejasność zasad, żeby skończyć grę przyjęłam, że przy pustej rezerwie gracz wirtualny nie licytuje. Nie sądzę, by miało to wielkie znaczenie.
Nie podoba mi się ten tryb. Jest taki... ciasny. Tak mało żetonów... Tak mało możliwości. Miałam dwa razy mniej punktów niż przy ostatniej grze w dwie osoby. 

Ostatnią grą, którą wyciągnęłam, jest Onirim. Jako że to mała gierka, rozegrałam więcej niż jedną partię (albo może tylko dlatego, że pierwsze dwie przegrałam z kretesem, zachciało mi się trzeciego rozdania). Mimo że sprawdza się na jednego gracza, wciąż wolę ją w wersji dwuosobowej, albo z symulowanym drugim graczem. Może rozszerzenia by to zmieniły - ale zanim do nich siądę, chcę mieć większą wygrywalność na podstawowej wersji. 

Więcej gier solo chyba nie mam - a przynajmniej odpakowanych. 

Generalnie, nie kupuję gier pod kątem grania solo. Co chyba widać, bo nie zwracałam wcześniej uwagi na tryby jednoosobowe Namiestnika i Dziedzictwa (najwyraźniej słusznie). Ale są gry, które są polecane bądź przygotowywane pod jednego gracza (w tej drugiej kategorii - Onirim). Jeśli chodzi o pierwszy typ, ciekawi mnie gra Hostage Negotiator, klimatyczna gra projektowana i grywalna tylko w pojedynkę. Jak można negocjacje z kryminalistą przełożyć na grę - grę solo?! No właśnie.

sobota, 18 lutego 2017

Ile godzin rozrywki dostarczają gry planszowe? - przykład

Gdy dodawałam dziś na BGG play (rozgrywkę?) w Gildie Londynu, wyświetlił mi się link do notatki BGG na temat "jak gracze notują rozgrywki". Nic konkretnego dla kogoś, kto już chwilę to robi, ale wypisano między innymi możliwe powody tego notowania... Wśród których:

  • See which of your games don't get played. (Perhaps as a nudge to play them - or to get rid of them.)
  • See the reality of what you play, compared to people's very faulty memories of what they play.
  • See how much "money's worth" or hours of playing you get out of your games.

No i zainteresowałam się ostatnim podpunktem, jakże analitycznym i pasującym do strategii "zacznij wreszcie grać w gry które już masz". Odrobina szperania po BGG i wklepywania do Excela, i...

(Zakładam tu mocno wyidealizowaną sytuację, w której wszystkie rozgrywki w daną grę to rozgrywki na moim egzemplarzu. Co chyba w niewielu przypadkach jest prawdą - kojarzą mi się głównie Marco Polo, Namiestnik, Szklany szlak i Hanamikoji. Ponadto pominęłam sporo posiadanych przeze mnie gier, przede wszystkim tych, których zasadniczo nie kupiłam - prezenty, wygrane konkursowe... Dodatkowo musiałam się pobawić z pozbieraniem różnych rozgrywek w całość, bo np. swoje grania w Ingeniousa Travel raz zapisywałam pod Ingenious Travel Edition, a raz jako Ingenious...;) )


Dla gier kupionych dawno (ponad 2 lata temu) nawet nie starałam sobie przypomnieć, jak długo je mam. Dostatecznie długo, by czas spędzony na graniu był miarodajny. (Średni czas rozgrywki brałam wg swojej pamięci i rozgrywek, np. dlatego w Glory to Rome, w które grywam głównie na 2 osoby, jest tak a nie dłużej.)

Jedną z najdroższych rozrywek, oczywiście, było Exploding Kittens - godzina rozrywki przy nich kosztowałaby 24,55zł. Ale umówmy się, kto wsparł tę grę tylko po to, by w nią grać, i oczekiwał fajerwerków? ;) Więcej kosztowało jednak kilka innych: Olympos (moja niejaka pomyłka), Havana (również rozczarowująca) - obie te gry trafiły na moją listę For Trade; Signorie (dobra gra, na jej niekorzyść przemawia, że jest zbyt duża na mój stół, więc i rzadko w nią grywam...), a nawet Puerto Rico (nie uważam kupna tego za pomyłkę, ale jakoś wyrosłam z tej gry - również For Trade).

Większość gier jednak waha się koło 10zł/h, co jest naprawdę niezłym przelicznikiem; z absurdalnie niskimi kwotami dla fillerków (Fasolki, Codenames, Cytadela, 7 smoków) i nieco wyższymi dla gier, których nie mam jakoś szczególnie długo (Not alone). Do tego dochodzą tak sobie zadowalające gry (Namiestnik, który nawet na 2 osoby zajmuje tak dużo miejsca... Drako, trochę już za banalne... 7ronin, który po pewnym czasie stał się dla mnie zbyt łatwy do wygrania jako roninowie...) i o dziwo Marco Polo, co może wyjaśniać, czemu mam taką straszną ochotę w to zagrać ostatnio. ;)

Hanabi celowo z zestawienia wykluczyłam - kupiłam trzy różne wersje gry, raczej po to, by wyrazić uznanie dla autora, niż po prostu grać. Bo i na żywo mało gram. A na BGA przez pewien czas byłam członkinią klubu - lecz wciąż, gdyby podzielić wyłożone pieniądze za członkostwo poprzez czas, jaki spędziłam przy Hanabi, wyszłoby śmiesznie mało.

Z ciekawości zestawiłam sobie me pozostałe ulubione gry:
Eminent Domain: 12,41zł/h [przyjmując ceny z Rebela]
Taluva: 5,45zł/h
Marco Polo: 15,00zł/h
BSG ze wszystkimi dodatkami: 10,32zł/h [przyjmując ceny z Rebela]
Cytadela: 4,38zł/h

I wychodzi z tego, że naprawdę kocham Cytadelę :)) W EmDo pewnie bym więcej grała, gdybym go miała (co prędzej czy później z pewnością nastąpi).


***

Ogrywam Glory to Rome znów, i przypomina mi się znowu, jaka to jest dobra gra - czemu tak długo kurzyła się u mnie na półce? Na dwie osoby jest nie za krótka, nie za długa, a gdy się zna choć trochę karty - nie zbyt przewidywalna ani nieprzewidywalna. Lubujemy się ostatnio w kończeniu Katakumbami, jako pierwszym wybudowanym budynkiem, na przykład. Kiedyś bardzo ceniłam Plac miejski - teraz uważam go za szalenie słaby (gramy na  wariancie zaawansowanym, oczywiście).

Co do wspomnianego na początku Guilds of London... Idź precz, człowieku, który pisałeś instrukcję (a zwłaszcza projektowałeś ikonografię i ściągę). W połowie gry, jak szukałam na forum BGG odpowiedzi na inne pytanie, znalazłam temat o rozkładaniu kafelków i wyszło na to, że zrobiliśmy to źle. Bo tak ciężko zamieścić rysunek, gdy układ nie jest najbardziej oczywistym... (Wygrałam. Ledwo. Choć mimo paru durnych błędów w ciągu gry.)
Graliśmy w to długo. Za długo. 15 rund na trzy osoby - koło 12 już siadało zaangażowanie, skupienie... Z tłumaczeniem zasad zeszło nam trzy i pół godziny. Ja wiem, że dobrze się czuje dobre euro, ale BEZ PRZESADY z czasem...

I jest Dzień Kota, a Kot mi mruczy na kolanach, więc czas chyba odłożyć laptopa i pozwolić mruczącej muzyce wypełnić pokój.





środa, 4 maja 2016

Strategiczna-niestrategiczna ja?

Zamówiłam nie tak dawno temu nowe gry. Przeszukując pewną stronę za promocjami, natknęłam się na w miarę tanią Terra Mysticę - a przecież mi się podobała, przecież znajomi się zachwycają, przecież euras... a ja nic. Stwierdzam, że nawet po przecenie nie mam ochoty jej kupić, świadoma, jak rzadko będzie lądować na stole i jak rzadko miałabym ochotę w nią grać.

Zaczęłam się zastanawiać, co odróżnia Terrę od innych gier, które mnie olśniewają.

Cóż, nie można rzucić o mnogości zasad. Jakkolwiek Terra w ilości mikrozasad króluje (i każda rasa dodaje własne zasady), to i Signorie nie jest taka oczywista - choć mam wrażenie, że płynniej się gra w ten drugi tytuł, nawet grając po raz pierwszy. Jakby łatwiej przyswoić zasady. A już na pewno łatwo w takich tytułach jak Glass Road. Po zastanowieniu się, stwierdziłam w ogóle, że dawno żaden eurosuchar poza Signorie mnie nie zachwycił. Owszem, grało się miło... ale o żadnym nie pomyślałam "muszę w to zagrać jeszcze raz, muszę to mieć". Pod tym względem królują u mnie gry logiczne. Wręcz jest to widoczne w moich ocenach na BGG: na 22 dziesiątki, które wystawiłam, najwięcej - 10 to gry czysto logiczne, do których dołącza po parę gier blefu i drużyn, lekkich strategii, casualowych fillerków. I Signorie.

Gry logiczne od strategii wyróżnia przede wszystkim mała lub żadna losowość, lecz i - prostota zasad, pozwalająca na dużo kombinacji... I szybkie wprowadzenie w grę. Lubię to. Jak i to, że do gier logicznych nie muszę się skupiać, by zrozumieć wszystkie zasady, sposób ich wpływania na siebie, lecz skupiam się tylko na interakcji - możliwościach swoich i przeciwnika (lub partnera - Hanabi).

Z Puerto Rico, które do tej pory mam... gdzieś u znajomych, pamiętam wrażenie, że każda gra jest taka sama. Te same czynności się opłaca wykonać na początku, ten sam jeden budynek jest przekoksany. O ile od czasu do czasu w grach logicznych zdarza się deja vu, nie powoduje to takiego zniechęcenia - wszak w Pentago czy Callisto jest o wiele mniej elementów i muszą się zdarzać takie same sytuacje... a i tak się ich nie czuje. Abstrakcyjność sprawia, że za każdym razem wydaje się to nowe, świeże, patrzy się i zauważa się tylko sytuację, na którą trzeba zareagować... a nie że znowu ktoś kupił tamten budynek i masteruje, i że już się to widziało. Gry są nieustanną reakcją, a nie odtwarzaniem schematu. Nawet w Hanabi, w które gram nałogowo, nie zauważam szczególnej powtarzalności. To znaczy jasne - są pewne konwenanse, konwencje, które powodują, że doświadczeni gracze zachowują się tak a nie inaczej - co wynika z samej istoty gry (że najpierw muszą być zagrane jedynki itp.); ale wszystko jest reakcją na ruchy pozostałych i zastane karty, oraz zmieniającą się sytuację (dobór kart). W takim Puerto Rico z początku nawet nie trzeba wiele reagować. 

Na co jeszcze zwróciłam uwagę to przestrzenność. Wolę tory i zależności między nimi, niż rozbudowę przestrzenną, jak w Terrze (nawet jeśli łączoną z torami).

*
Do zachwycających sucharków mogę dodać ograne dotąd raz i posiadane Marco Polo. Bardzo podoba mi się weń nie tylko worker(dice) placement, ale i fakt, że cała gra bazuje na początkowym układzie i jedyną zmienną, którą się bierze pod uwagę, to zachowanie innych graczy i wyniki rzutu kostkami. I, wbrew pozorom, fajnie jest mieć zarówno wysokie, jak i niskie wyniki :) Podoba mi się także dorzucenie tu różnych zdolności graczy.

piątek, 11 grudnia 2015

EmDo, EmDo-micro i deck-building

Wczoraj był fascynujący dzień w moim życiu planszówkowym (jak zwykle, gdy się widzę z Adrianem ;). Zagraliśmy w EmDo, do tego poznałam parę nowych gier, a dodatkowo byłam wcześniej w sklepie z grami na "zakupach świątecznych". Cóż fascynującego?

Gry, w które graliśmy. Częściowo przypadkiem, ale w sumie... same deck-buildery. Poznawszy Dominiona stwierdziłam, że to wybitnie nie mechanika dla mnie. I w sumie swoje zdanie podtrzymuję. Mimo Eminent Domain.

Zaczęliśmy od Eminent Domain Microcosm, czyli miniaturowej gry o tych samych grafikach, co Eminent Domain, i teoretycznie tej samej mechanice - w praktyce tylko o tych samych podstawach mechaniki. Gra jest króciutka, trochę za bardzo premiuje podbijanie drugiemu graczowi planet (bo tu się da!) w porównaniu do zdobywania własnych - zwłaszcza w grze dwuosobowej; możliwości jest o wiele mniej, mniej też czułam funu z gry.

Potem zagraliśmy w EmDo zwykłe - z wszystkim, co się dało (odpuściliśmy sobie tylko scenariusze). Doszła masa nowych technologii, wzrosło znaczenie i zastosowanie floty. Przegrałam (jak to zwykle na dwie osoby), choć już mniejszą różnicą punktów. Zdziwiło nas oboje, jak krótka zdawała się ta gra; i to mimo tego, że opóźnialiśmy zakończenie (wzięcie ostatniej karty Colonize) ile się dało - koniec końców kończyliśmy na Trade i punktach...
No i przy okazji się dowiedziałam, że od początku grałam na błędnych zasadach Trade/Produce, lol.

  Ostatnim z deck-builderów było Valley of the Kings. Mała, mało znana, o osobliwej tematyce. Jedna z pierwszych wyłożonych kart:

Jak byś sobie poradził w zaświatach bez swojego kota?

No i nie. Znaczy, gra niczego sobie, i lepsza od Dominiona, z pewnością. Ale wciąż, już w połowie gry, widać sporą dysproporcję - między graczem, który zna karty, który wie, w co warto iść i co jest ważne. Ja sobie nie zrobiłam silniczka do pozbywania się słabych kart, więc miałam śmieciową talię, a przy ograniczeniu do 5 kart na ręce bolesny okazał się moment, kiedy nie byłam w stanie nic kupić, nawet jeśli Adrian nie zagrał w swej turze efektu Each opponent discards a card. W połowie gry już było widać, że nie mam nic do gadania. Nie lubię efektu negatywnej kuli śnieżnej. Porównując do EmDo: tam w każdej chwili gry jesteś w stanie cokolwiek zrobić; może to być słabsze, niż gdyby się przygotowywało do tego dłużej, ale nawet takie słabe jakoś ci pomaga (dorzucając kartę do talii). Tu zupełnie tego nie czuć, w związku z tym, że praktycznie wszystko bazuje na kupowaniu kart.

Zatem... deck-building. Gry oparte na nieustannym rozszerzaniu swojej talii (w każdej turze) i optymalizowaniu jej tak, by zebrać jak najwięcej punktów. Poza EmDo - w którym talia składa się głównie z pięciu rodzajów kart o jednakowym działaniu i nielicznych technologii, a punkty trzepie się w sumie najczęściej z czego innego niż własna talia - nie podoba mi się ten motyw, nie ogarniam, nie czuję. Tego subtelnego momentu, w którym należy zacząć się pozbywać punktów-wartościowych kart z talii (żeby punktowały; Valley of the Kings) bądź też tego momentu, w którym należy zacząć zapychać talię punktami, które nic nie robią (tak zapamiętałam Dominiona). Do braku kontroli nad grą dokłada się nieznajomość występujących w grze kart, przez co już totalnie się nie przewiduje, jak właściwie sobie zaplanować rozgrywkę, i ZAWSZE jest się na przegranej pozycji względem gracza znającego grę (choćby li tylko raz grającego).

*
Wspomniałam też o zakupach. Raz na rok wypada poszaleć i poszerzyć biblioteczkę, hm? Pojawił się zatem Patchwork i Glass Road, na które czaiłam się już od dawna, Zaginione Dziedzictwo (na ile może być ciekawy Love Letter w innym wydaniu?), Poprzez wieki (może wreszcie polubię jakąś grę Portalu? Bo z opisów brzmi dobrze...), Callisto mini (bo czemu by nie - ok, jestem ciekawa, na ile ta wersja jest brzydsza od oryginalnej i jak wygodna w porównaniu z tamtą). Zastanawiałam się, czy by nie wziąć Tajniaków,  ale stwierdziłam, że wolę pierw zagrać w polską wersję - Codenames wydaje mi się grą o wiele bardziej... no może nie zależną językowo, co plastyczniejszą, wygodniejszą w graniu po angielsku. Polski jest mniej wieloznaczny.

Do tego jeszcze Hanafuda - ślicznie wydana (przez Trefla krakowskiego :)). Będzie trochę zabawy z poznawaniem tego... A tymczasem na horyzoncie brydż i Spartakus, i sen jako urodzinowe szaleństwo ;) I kolejny rok pełen grania ^^